|
BoniekZibi
BoniekZibi.blog.interia.pl
|
Notkipiątek, 27 kwiecień 2012, 00:25 Ze Smolarkiem mogłeś pójść na wojnę i ją wygrać!Włodek był wybitnym piłkarzem. Zadziornym, ambitnym, wytrzymałym. Nigdy nie bał się przeciwnika. Mało mówił, ale drużyna zawsze w niego wierzyła. Dodawał ducha i przekonania, że każdego można pokonać.
Smutek i żal. 55 lat to najlepszy wiek, aby odcinać kupony od sławy, cieszyć się życiem, patrzyć na rodzinę i rosnących wnuków. Śmierć prawie zawsze przychodzi za szybko. Ale w tym przypadku, był to grom z jasnego nieba. Gdy otworzyłem komputer i zobaczyłem twarz Włodka w czarnej ramce, od razu zrozumiałem co się stało. Nogi mi się ugięły. Jest pierwszy z ekipy z mundialu 1982 r., który odszedł. Dlaczego? Odpowiedzi nie znam. Umarł nagle, bez uprzedzenia. Włodka znałem znakomicie. Jako kolegę, kumpla z drużyny. Graliśmy razem kilka ładnych lat. Po za kończeniu kariery nasze drogi się rozeszły. On w Holandii, a ja we Włoszech. Oczywiście wszystko było zawsze OK, przy każdym spotkaniu był szczery uśmiech, uściski, kilka słów i do następnego razu. Często było go widać na meczach reprezentacji, a przede wszystkim wtedy, gdy jego syn grał w kadrze. Nigdy tego nie mówił, ale był szalenie dumny. I nie ma się co dziwić. Mało jest takich historii - ojciec reprezentant, syn reprezentant. Włodek był wybitnym piłkarzem. Zadziornym, ambitnym, wytrzymałym. Nigdy nie bał się przeciwnika. Mało mówił, ale drużyna zawsze w niego wierzyła. Dodawał ducha i przekonania, że każdego można pokonać. W ciężkich, trudnych, starych czasach pokonanie Rosjan, czy jednej z drużyn niemieckich było wielkim wyzwaniem i dawało szaloną radość. Włodek zagrał jeden z najlepszych w karierze meczów przeciwko Niemcom wschodnim w Lipsku (listopad 81, 3-2). Można z lekką przesadą powiedzieć, że wygrał go prawie sam. W kadrze, gdy raz otworzono mu drzwi to zadomowił się w niej na dobre, a łatwo nie było. Konkurenci byli dobrzy. Niektórzy widzieli wtedy na jego miejscu Okońskiego. Fakt, Mirek był znakomity technicznie, ale była jedna różnica między nim a Włodkiem. Nic Mirkowi nie ujmując - był dobry, aby zaczarować i zdobyć oklaski. Ze Smolarkiem można było natomiast pójść na wojnę i ją wygrać. Taki właśnie On był. Żołnierz. Mało słów, a dużo czynów - oddany i waleczny do końca. Podczas meczu często przysiadał lub przyklękał na murawie. Przeciwnik myślał wtedy, że jest zmęczony i "out", a Włodek w tej pozycji znakomicie się regenerował i gdy się podnosił, był jeszcze silniejszy! Włodek to historia polskiej i widzewskiej piłki. Można byłoby jeszcze dużo pisać. Ale po co? Dzisiaj zostaje tylko poczucie smutku i żalu. Śmierć nie jest problem dla tych, co odchodzą, ale dla tych, co zostają, co muszą sobie z nią poradzić. Całej rodzinie, dzieciakom, wnukom życzę twardości, spójności, spojrzenia na przyszłość z optymizmem, tak jak to zawsze robił Włodek.
Komentarzy:
3
czwartek, 12 kwiecień 2012, 14:13 Za Narodowy można zapłacic więcej niż 500 mln euro!Stadion Narodowy podczas meczu z Portugalią wywarł na mnie wielkie wrażanie, ale sam mecz wypadł już znacznie słabiej.
Gdy zobaczyłem gotowy do rozegrania meczu Narodowy, naszła mnie myśl: "Ten obiekt kosztował 500 mln euro? Za takie wspaniałe cacko warto by zapłacić dużo, dużo więcej!". Do tej areny trzeba się jednak przyzwyczaić. Jest wielka, wygodna, w niektórych aspektach być może nawet przytłaczająca. Kibiców nie słychać tak dobrze, jak na innych naszych stadionach Euro 2012, ale fajnie, że piłkarze mieli okazję zagrać na Narodowym chociaż raz przed rozpoczęciem mistrzostw. A co można powiedzieć o samym meczu? Coraz częściej dochodzę do wniosku, że liczbę meczów towarzyskich należy ograniczyć do minimum. Granie na pół gwizdka dziś nikogo nie może podniecać, więc wyciąganie daleko idących wniosków mija się z celem. Szczęsny jak zwykle dobry, po Obraniaku widać, że zaczął grać po zmianie klubu, bo wygląda o niebo lepiej niż trzy miesiące temu. Na przykładzie Jelenia widać było jednak, że powoływanie piłkarzy, którzy w spotkaniach ligowych grzeją ławę, mija się z celem. To zwykła strata czasu. Tacy piłkarze odstają od tych grających pod każdym względem. Trudno być przydatnym w reprezentacji, jak się nie gra w klubie. Zaległości w grze widać na każdej płaszczyźnie i można śmiało postawić tezę, że także Sebastian Boenisch, jeżeli nie zacznie grać w Werderze, naszej kadrze nie pomoże. Chęci, to jest jedno, ale forma i gotowość, to już zupełnie co innego. Kamil Grosicki powinien dostać szansę i miał ją wykorzystać. Szkoda, że nie grał dłużej, a przede wszystkim, że nie grał na swojej pozycji. Powinien być ustawiony szeroko - po lewej, albo po prawej stronie. Kilka minut i to jeszcze na szpicy, to za mało w stosunku do tego, co wszyscy oczekiwaliśmy, aczkolwiek trzeba przyznać, że "Grosik" jest w formie. Ciekawe, dlaczego Franek Smuda - jako jedyny selekcjoner w Europie - powołuje tylko dwóch napastników na mecz towarzyski? Nie dziwmy się zatem, że później nie możemy trafić do siatki rywala. Mecz z Portugalią zakończył przedostatni etap przygotowań do Euro, a także częściowo selekcję. Smuda zaczął pracę z kadrą w październiku 2009 roku, meczem z Rumunią. Na każdym kroku podkreślał, że musi zacząć pracę od zera, że poprzednik nie zostawił mu nic, tylko wypaloną ziemię, że selekcja będzie bardzo długa, uciążliwa i wyczerpująca. Konfrontacji z rzeczywistością te słowa jednak nie wytrzymują. W meczu z Rumunią rozegranym 14 listopada 2009 roku w drużynie selekcjonera-debiutanta Smudy, w ofensywie grali następujący zawodnicy: Błaszczykowski, Dudka, Obraniak, Kosowski, Lewandowski i Jeleń, czyli prawie wszyscy, którzy grają także do dzisiaj. Zmieniła się tylko obsada bramki i obrony, ale to również z pozasportowych przyczyn. Franzowi Smudzie nie udało się wprowadzić do drużyny żadnego nowego piłkarza, którego dziś można by nazwać liderem tej reprezentacji. Trochę dziwnie wyglądają te grudniowe zgrupowania reprezentacji Polski występującej wówczas w ligowym składzie. Smuda ich sensowności bronił strasznie zaciekle, a realia są takie, że żaden ze sprawdzanych w grudniu chłopców nie będzie miał szans na Euro 20012 zagrać. Ważny, albo nawet najważniejszym aspektem przed takim turniejem, jak mistrzostwa Europy jest przygotowanie fizyczne zawodników. Tymczasem my dopiero teraz wprowadzamy do kadry nowego eksperta w tej dziedzinie. Zmiana na stanowisku fizjologa na trzy miesiące przed Euro 2012 jest trudna do zrozumienia. Zamiast już teraz w pocie czoła pracować nad przygotowaniem formy fizycznej na Euro, wykorzystując doświadczenia z ostatnich dwóch lat dotychczasowego fachowca od motoryki (Adama Rothsteina - przyp. red.), nowy trener (Barry Solan - przyp. red.) będzie musiał dopiero poznawać organizmy piłkarzy. Kończąc, chcę przytoczyć cytat Smudy, który mówił przed spotkaniem z Portugalią: " Już wiem, co będę robił po Euro." Nikogo to specjalnie w naszym kraju nie poruszyło. Zastanówmy się jednak - który do tej pory nie rozegrał z kadrą ani jednego meczu o punkty, który nie wie, co to jest prawdziwe zwycięstwo, albo prawdziwa porażka, stoi przed wielką, życiową szansą, bo Euro 2012 to jest historia polskiej piłki i może też być historią samego Smudy, Dziwię się więc, że Franek już teraz otworzył sobie furtkę ewakuacyjną, na wypadek fiaska akcji Euro 2012 i sugeruję, jakoby się dogadał na pracę z prezesem jednego z klubów Ekstraklasy. Zatem Euro 2012 ma się dopiero zacząć, a nasz selekcjoner już myśli o tym, co będzie robił po nim?! No cóż, mam nadzieję, że to nie spowoduje żadnych komplikacji w układzie trener - zawodnicy i kibice i nie wpłynie to negatywnie na rezultat sportowy. Wątpliwości i tak są - im bliżej Euro, tym atmosfera będzie bardziej gorąca, a takie deklaracje Smudy nie wróżą nic dobrego.
Komentarzy:
2
środa, 11 kwiecień 2012, 14:17 Lato ukarał Grenia, to może i wszystkich Polaków ukaraćTo co mnie najbardziej rozbawiło, a zarazem zaskoczyło, to informacja, że Wydział Dyscypliny PZPN ukarał Kazimierza Grenia. Wygląda na to, że Greń musi zapłacić sześć tys. zł kary i będzie zdyskwalifikowany na sześć miesięcy w zawieszeniu na rok.
Początek ligowej wiosny od razu dostarczył wielu tematów do ciekawych analiz: "Dlaczego Legia przegrywa z Górnikiem?", "Jak długo jeszcze Lech będzie bawił się ze swoimi kibicami i przegrywał z Bakero?", "Co się stanie z ŁKS-em, który bardziej przypomina grupę ekspiłkarzy niż profesjonalny zespół?" Ale dajmy każdemu jeszcze jedną szansę. To co mnie najbardziej rozbawiło, a zarazem zaskoczyło, to informacja, że Wydział Dyscypliny PZPN ukarał Kazimierza Grenia. Wygląda na to, że Greń musi zapłacić sześć tys. zł kary i będzie zdyskwalifikowany na sześć miesięcy w zawieszeniu na rok. Dlaczego? Tu zaczynają się problemy. Najprościej o odpowiedź: Kto ma konflikt z Latą (prywatny), to prezes chce go skończyć. W każdym demokratycznym kraju jest wolność słowa. O tym, że Lato i Greń po okresie przyjaźni i wielkim zwycięstwie w wyborach na prezesa PZPN-u pokłócili się i patrzą teraz na siebie jak pies na kota, wszyscy wiemy. Greń robi wszystko, aby zdyskredytować Latę. Założył sobie nawet bloga, aby atakować byłego przyjaciela. Robi to z wielką werwą i zacietrzewieniem. Co dzień ma nowe uwagi i spostrzeżenia. Zarzuca Lacie kompletny brak realizacji programu przedwyborczego, manipulację związkiem, brak kompetencji. Po słynnej aferze taśmowej nastąpiła reakcja prezesa. Nie wiedząc jak zbić argumenty eksprzyjaciela, Lato stara się go uziemić. 3 marca są wybory zarządu w Rzeszowie i Lato robi wszystko, aby Greń nie został ponownie wybrany. Ma nawet swojego kandydata na nowego prezesa Podkarpackiego Związki Piłki Nożnej, ekspolicjanta, którego niestety nie znam, więc nie będę się do niego ustosunkowywał. Dlaczego ta sprawa mnie w ogóle interesuje? Bo w życiu zawsze broniłem słabszych. Gdy oglądałem dobry western, to zawsze byłem za Indianami. Poza tym czy to jest normalne, że prezes do swoich prywatnych wojenek wykorzystuje struktury Związku? Marcin Jędrych, bardziej niż obiektywnego i kierującego się faktami prezesa Wydziału Dyscypliny PZPN, przypomina psa na łańcuchu bezgranicznie oddanego swojemu właścicielowi (Lacie). Gdy wnioskuje o to Lato, szybko podejmuje decyzję nie zawracając sobie głowy takimi drobnostkami jak choćby przesłuchaniem oskarżonego. Nie mam zamiaru bronić Grenia, bo nic mnie z nim absolutnie nie łączy, ale to co się zdarzyło kompromituje PZPN, jego prezesa i śmiesznego Jędrycha. Co to znaczy - karać ludzi za to, że mówią to co myślą? Greń mówiąc o Lacie nie użył żadnego słowa na "k", ani na "ch". Uważa tylko, że Grzegorz się na prezesa nie nadaje, że wykonuje złe ruchy i zamiast Związek rozwijać, to go dołuje. Kazimierz Greń ma do takiej krytyki prawo i żaden pezetpeenowski Wydział Dyscypliny nie jest władny, aby go za to karać! Jak się spojrzy na to, co Lato przedstawił w dniu wyborów jako swój program przedwyborczy, który nota bene opracował Greń, a Grzegorz sam zrealizował, to każdy może mieć wątpliwości, czy Lato jest prezesem z naszej bajki. Gdy do tego dołączymy jeszcze kontrakty stulecia, afery z orzełkiem, Klub Kibica Reprezentacji Polski, albo problemy z nową siedzibą Związku, to sprawa robi się lekko śmierdząca. Jak Lato ma coś do Grenia i jego ataki uznałby za bezpodstawne, to bardziej racjonalnym i uczciwszym byłoby wstąpienie na drogę sądową. Wykorzystywanie Wydziału Dyscypliny jako narzędzia do załatwiania swoich prywatnych spraw mnie mierzi. Nie wspomnę już o marionetce Jędrychu, który zrobił się najemnikiem za drobne, jakie kasuje za każde posiedzenie i działa na rozkaz. Lato popełnia kolejny błąd. Bardziej elegancko byłoby olać całą sprawę i nie przejmować się krytyką jednego zdesperowanego człowieka. A tak na marginesie, to prezes powinien zdyskwalifikować prawie 40 mln Polaków, bo mają o nim podobne zdanie jak Greń. Oj Grzesiu, Grzesiu! Zamiast wykorzystywać opozycję i jej uwagi do poprawy swojej pracy, to Ty chcesz ją udusić, uciszyć. Masz chyba syndrom Łukaszenki, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji.
Komentarzy:
1
piątek, 02 marzec 2012, 11:01 Moja 11 na Euro 2012 bez "nowych Polaków"INTERIA.PL zaprosiła mnie do wzięcia udziału w zabawie na wytypowanie naszej jedenastki na mistrzostwa Europy. Oczywiście, ma to charakter tylko i wyłącznie zabawowy. Mam nadzieję, że nikt nie podejdzie do tego zbyt poważnie, nikt się nie obrazi i nikomu nie puszczą nerwy.
W mojej jedenastce w bramce grałby albo Wojciech Szczęsny albo Artur Boruc. Na prawej obronie byłby Łukasz Piszczek, w środku Michał Żewłakow, Marcin Wasilewski, a na lewej obronie Dariusz Dudka. Dwóch defensywnych pomocników: Błażej Augustyn i Tomasz Jodłowiec. Trzech ofensywnych pomocników: Jakub Błaszczykowski na prawej, Kamil Grosicki na lewej, w środku Robert Lewandowski, a przed nim Ireneusz Jeleń. Dlaczego Lewandowski byłby podwieszonym pod Jelenia? Bo jest na tyle dojrzałym i dobrym piłkarzem, że czasami potrafi wrócić między linie, przyjąć piłkę pod kryciem, rzucić prostopadłe podanie, zejść za pierwszym napastnikiem. Oczywiście, alternatywą jeśli Jeleń nie byłby gotowy, byłoby ustawienie z Lewandowskim na szpicy i Mierzejewskim za nim. Siłą tej reprezentacji mogłyby być tłoki napędowe, które są po prawej i lewej stronie, czyli Błaszczykowski i Grosicki. W odwodzie są jeszcze Małecki, Peszko, zresztą, widzę na ławce wielu młodych zawodników, takich jak: Rybus, Borysiuk, Wolski. Oczywiście, musi być też kilku doświadczonych piłkarzy: Głowacki, Murawski, Wawrzyniak i kilku innych. W tak ustawionej drużynie jasno widać podział na siedmiu do bronienia i czterech do atakowania. Mielibyśmy możliwość atakowania Błaszczykowskim, Grosickim, Lewandowskim i Jeleniem, a pozostała szóstka musiałaby się dobrze nauczyć grać w defensywie. To tylko moja propozycja i ta jedenastka nie musi być żadnym punktem odniesienia dla nikogo. Franek Smuda bardzo często mówi, ze musi mieć drużynę perspektywiczną, że ten kto przyjdzie po nim nie ma zastać wypalonej ziemi. Ale pytam go: po co tracić czas na takie naprawdę niepotrzebne dywagacje? Jedyny cel to Euro 2012! Nie martwmy się tym, co stanie się później. To hipokryzja i chyba tylko żart. Dobra drużyna na Euro to dobry wynik i wizja na przyszłość. Słaby występ, brak sukcesu nie może być przykryty stwierdzeniem: OK, ale jest to początek budowania drużyny na przyszłość. Porażka nigdy nie może być interpretowana jako perspektywa. Decydować będzie Franek, to on wybierze swoich zawodników, a ja typuję tylko dla zabawy. Chciałbym jednak jeszcze dodać, że w mojej drużynie zarówno w bramce, jak i w polu i na ławce rezerwowych nie ma "nowych Polaków". Zrobiłem to celowo z dwóch przyczyn. Pierwsza: żaden z tych zawodników nie jest ani kreatorem gry, ani zawodnikiem wybijającym się na tle pozostałych piłkarzy. Żaden z nich nie wnosi do tej drużyny wielkiej wartości dodatkowej. Druga sprawa to kwestia psychologiczna. Takie ustawienie drużyny na pewno bardzo wzmocniłoby ją i uskrzydliło grupę. Dałoby to naszym piłkarzom jeszcze większe poczucie odpowiedzialności za wynik i przekonanie o spójności zespołu. Hymn mogliby śpiewać wszyscy razem. Tak samo cieszyć się, czy też złościć w jednym języku. Moja "jedenastka" na Euro 2012: Wojciech Szczęsny (Artur Boruc) - Łukasz Piszczek, Michał Żewłakow, Marcin Wasilewski, Dariusz Dudka - Błażej Augustyn, Tomasz Jodłowiec - Jakub Błaszczykowski, Robert Lewandowski, Kamil Grosicki - Ireneusz Jeleń. Ławka rezerwowych: Patryk Małecki, Sławomir Peszko, Ariel Borysiuk, Rafał Wolski, Arkadiusz Głowacki, Rafał Murawski, Jakub Wawrzyniak.
Komentarzy:
5
poniedziałek, 02 styczeń 2012, 23:54 W Polsce Capello i Mancini nie mieliby szansPierwszym krokiem po wybraniu mnie w 1999 roku na wiceprezesa PZPN ds. marketingu było stworzenie Klubu Wybitnego Reprezentanta. Moją ideą było uhonorowanie tych wszystkich, którzy tworzyli historię polskiej piłki. Było to coś zupełnie nowego w naszym kraju - powstał klub ekskluzywny, do którego mieli należeć wszyscy ci, którzy mieli rozegranych co najmniej 60 oficjalnych meczów w reprezentacji Polski.
Powstał regulamin, kodeks postępowania i program Klubu Wybitnego Reprezentanta. Członkowie KWR przegłosowali także i mieli do tego prawo zgodnie z regulaminem, dokooptowanie wielkiego Gerarda Cieślika do Klubu. Został on oficjalnym jego członkiem, mimo iż nigdy nie rozegrał 60 meczów. Były kwiaty, oficjalny list, brawa, uściski. Wszystko zatem zaczęło się obiecująco. Wielcy piłkarze byli zapraszani na każdy mecz reprezentacji. W oficjalnej delegacji PZPN-u na mecze wyjazdowe było zawsze zarezerwowane jedno miejsce dla wybitnego piłkarza. Przyjemnie było spotkać się po wielu latach ze wspaniałymi zawodnikami. Szefem Klubu został piłkarz legitymujący się największą wtedy liczbą rozegranych spotkań w reprezentacji, czyli Grzegorz Lato. Klub się rozwijał, były programy, chęci. Aż tu w 2002 roku nagłe zahamowanie - Boniek przestał być wiceprezesem i Klub przestał istnieć. Żadnych spotkań, żadnych oficjalnych zaproszeń, przynajmniej do mnie nic nie dotarło. W międzyczasie Klub się powiększył, dzisiaj ma już 25 członków. Nic wokół niego jednak się nie dzieje. Żadnej koncepcji działania, wizji na przyszłość. Andrzej Strejlau chciałby zmniejszyć liczbę piłkarzy należących do tego klubu, ale z jakiego powodu, to już kompletnie nie wiem. Czy 25 (24 żyjących) to za duża grupa dla kraju, który rzeczywiście może pochwalić się wspaniałą piłkarską przeszłością? Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy są wybitni albo nie zachowują się jak wybitni, ale to zupełnie inny problem. Na szacunek ludzi i kibiców pracuje się latami. Nie liczba rozegranych meczów, lecz całkiem inne walory decydują o tym, jak człowiek jest postrzegany przez społeczeństwo po zakończeniu kariery. Regulamin Klubu Wybitnego Reprezentanta, który został zatwierdzony przez zarząd PZPN-u nadawał też piłkarzom pewne przywileje. Jednym z nich było to, że ze względu na swoją przeszłość może wybitny piłkarz mieć skróconą i ułatwioną drogę w karierze trenerskiej. Każdy członek KWR mógł - jeżeli byliby chętni go zatrudnić, zacząć karierę trenerską od najwyższego szczebla rozgrywek. Ustawa z 23 maja 2000 roku. Została ona zmieniona 7 września 2006 roku. Zabrano ten przywilej wybitnym, nie wiadomo jednak dlaczego. I tak nikt w okresie 2000 - 2006 z tego nie skorzystał. W ten sposób w Polsce Fabio Capello, czy Roberto Mancini nie mogliby być trenerami, bo kursów, ani szkół trenerskich nigdy nie robili. No cóż, ale u nas panuje jeszcze często mentalność komunistyczna: wszystkich trzeba traktować równo. Podobne paranoje są u nas nie tylko w piłce. Gdyby na przykład dzisiaj Kołtoniowi zachciało się być trenerem żużla, tak jak Gollobowi, czy Hancockowi po zakończeniu kariery, to idąc naszym polskim tokiem myślenia, musieliby robić te same kursy, te same szkolenia i zdawać te same egzaminy. Doświadczenia, sukcesy, lata spędzone na torze nie byłyby żadnym przywilejem, żadnym atutem. Komedia! Wszystkiego najlepszego w 2012 roku!
Komentarzy:
5
|
Księga gości O piłce w Interia.pl
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Zobacz wizytówkę użytkownika » BoniekZibi.znajomi.interia.pl | ![]() |
blog.interia.pl |